Już kilka lat minęło od czasu kiedy zostałem porzucony. Deszcz padał, a ja sam, samiutki, błąkałem się po bagnach, lasach i borach...
"Jak mogli mi to zrobić!"-w myślach wciąż przeklinałem dzień w którym rodzice mnie zostawili... samego, samiuteńkiego....
Nie wytrzymałem, kiedy na głowę spadła mi następna kropla deszczu.
Chciałem zawołać w niebo tak aby obrazić chmury i udowodnić jaki jestem na nie wściekły, ale pomyślałem, że to jedynie wywoła burzę.
Przyspieszyłem kroku.
I znowu-poczułem, że mam mokry pysk...
Tym razem nie wytrzymałem. Wyładowałem furię na stojącej przede mną sosną.
Uderzyłem w nią, a ona zawaliła się z hukiem.
Ku mojemu przerażeniu prawie spadła na... piękną stojącą tuż obok niej wilczycę.
-Och!-wydusiła z siebie wilczyca-widziałeś? To drzewo prawie na mnie spadło! Tak się przeraziłam...
Zrobiło mi się wstyd. Naraziłem ją na takie niebezpieczeństwo...
-Przepraszam-powiedziałem cicho.
-Za co?-zdziwiła się tajemnicza piękność.
-Nooo... To ja przewaliłem sosnę-przyznałem się.
Spodziewałem się ciosów agresji i brutalizmu.
Ona jednak zrobiła tylko wielkie oczy i szepnęła:
-Tyyy??? Jak to możliwe? Musisz być bardzo silny!
Jednak ja jej nie słuchałem. Wpatrywałem się jedynie w jej bystre i inteligentne oczy...
-Czy... czy ty należysz do jakiegoś stada?-spytała nieśmiało.
A ja nic. Dalej wpatrywałem się w jej oczy...
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz!!!???-zawołała oburzona.
-Co? Yyyy...
-Pytałam, czy należysz do jakiejś watahy!
-Nie...
Wilczyca uśmiechnęła się szeroko.
-Dołączył byś do naszej?-spytała.
-Ja? Oczywiście!-zawołałem, bo rzeczywiście chciałem dołączyć, głównie dlatego, że ona też tam była.
-Cudownie!-krzyknęła i zrobiła śliczny piruecik-A tak w ogóle, to jak masz na imię?
-Seba-odparłem.
-A ja jestem Sofia.-przedstawiła się wilczyca.
